![“Nadal uwielbiam odwiedzać Polskę” [WYWIAD] “Nadal uwielbiam odwiedzać Polskę” [WYWIAD]](https://i3.wp.com/i.iplsc.com/-/000KKCA9IB1ADXMD-C461.webp?w=1024&resize=1024,0&ssl=1)
Rafał Samborski, Interia: Jako Ride byliście bardzo krytyczni wobec łatki “shoegaze” w latach 90. Jak ją postrzegasz dzisiaj?
Steve Queralt, Ride: Zupełnie inaczej. Shoegaze był terminem wymyślonym przez brytyjską prasę. Używano go, aby wyśmiewać zespoły takie jak Ride, Slowdive i My Bloody Valentine, twierdząc, że nie mamy nic do zaoferowania światu. Pisali, że nasze teksty nic nie znaczyły, słuchacze powinni po prostu przejść dalej i zapomnieć o całej sprawie. Ale 30 lat później oznacza coś zupełnie innego: szanowany gatunek muzyczny. Teraz jestem ogromnie dumny, że nasz zespół jest postrzegany jako jeden z ojców założycieli tego ruchu. Więc tak, to, co kiedyś było obelgą, teraz jest odznaką honoru.
Kiedy odkryłeś, że Ride stało się po latach zespołem wręcz kultowym?
Myślę, że to było kilka lat po rozpadzie zespołu. Oczywiście osiągnęliśmy pewien sukces z naszymi pierwszymi dwoma płytami. A potem z trzecim i czwartym albumem, osiągnęliśmy plateau. I wtedy ludzie zaczęli tracić zainteresowanie zespołem. Myślę, że mogę bezpiecznie powiedzieć, iż zespół również stracił zainteresowanie sobą, więc zdecydowanie nadszedł czas, aby dać sobie spokój.
Odkrycie jak ważne dla niektórych było Ride nastąpiło prawdopodobnie 5 – 10 lat po tych wydarzeniach. Ciągle czytałem o innych zespołach, które inspirowały się nami, a prasa wspominała nas w bardzo pozytywnym świetle. Ale nigdy nie opisałbym nas jako kultowy zespół. Po prostu myślę, że zostawiliśmy po sobie całkiem niezłe dziedzictwo, dobrą muzykę. Dlatego tak dobrze było wrócić w 2015 roku, znowu się zebrać i grać te piosenki.
Wspomniałeś, że ludzie zmienili swoje podejście do zespołu po trzecim i czwartym albumie. Czy twoje podejście do waszego trzeciego albumu, “Carnival of Light”, w takim razie zmieniło się z biegiem lat?
Nadal nie wiem, co właściwie chcieliśmy osiągnąć z tym albumem. Tak mówiąc szczerze, kiedy nagrywaliśmy “Nowhere” i “Going Blank Again”, tworzyliśmy albumy, które brzmiały jak Ride. Wiesz, były bardzo autentyczne dla nas samych. Kiedy przyszedł czas na trzeci album, “Carnival of Light”, myśleliśmy długo i intensywnie, jak chcemy brzmieć. Przemieniliśmy się w coś na wzór zespołu z zachodniego wybrzeża USA, co zupełnie do nas nie pasowało. To było trochę jak wybieranie stroju z szafy i myślenie: “Dziś ubieramy się jak kowboje i robimy muzykę country”. To nie było dla nas naturalne i myślę, że ludzie to wychwycili. Nie brzmieliśmy autentyczni – to nie było Ride.
To był pierwszy raz w naszej karierze, gdy nie stawaliśmy się coraz bardziej popularni, nie sprzedawaliśmy coraz więcej płyt. Zaczęliśmy panikować. Zrobiliśmy krótką trasę koncertową z materiałem z “Carnival of Light” i zdecydowaliśmy, że od razu wracamy do studia, by nagrać kolejny album. Prawdopodobnie nigdy nie powinniśmy tego robić. Powinniśmy wówczas zrobić sobie przerwę, zastanowić się, kim dokładnie jesteśmy i przemyśleć następny krok. Ponieważ britpop był widoczny na horyzoncie, a muzyka taneczna przejmowała rynek, nagranie albumu “Tarantula” okazało się stratą czasu.
A jaka twoim zdaniem jest największa różnica między tym, jak postrzegano Ride w latach 90., a jak teraz odbiera was publiczność?
Oczywiście w latach 90. byliśmy w tym samym wieku co publiczność. Głównie byli to studenci, ludzie, którzy lubili muzykę alternatywną, indie rock. Czasami publiczność była bardzo hałaśliwa, dużo skakali. To było bardzo młodzieńcze doświadczenie, ale kiedy 30 lat później większość publiczności jest w naszym wieku, trudno nie zauważyć, że mamy mniej włosów i nie lubimy już tak skakać. Niemniej jednak przez ostatnie 10 lat widzimy coraz więcej nowych twarzy na koncertach, młodszych ludzi, którzy są ciekawi tego, co możemy im zaoferować. Odkryli może Slowdive, zainteresowali się The Cure, Mogwai, innymi zespołami i tak trafili na nas. Powinni interesować się muzyką dla nastolatków, ale są ciekawi nas i jest to bardzo miłe. Może słuchali kolekcji płyt rodziców i dzięki temu teraz przychodzą na nasze koncerty, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni.
Czy uważasz, że to przypadek, że Slowdive, którzy również byli naznaczeni etykietką shoegaze, reaktywowali się w tym samym czasie, co Ride?
Jako zespoły umieraliśmy powoli w latach 90. Ludzie tracili zainteresowanie muzyką, którą tworzyliśmy. W naszym przypadku prawdopodobnie słusznie, bo przestaliśmy grać rzeczy zgodne z nami samymi. Ale Slowdive trzymali się swojego. Wiesz, są w 100% shoegaze’em. Zawsze byli.
Czy ja wiem? Uważam, że na trzecim albumie “Pygmalion” odbili bardziej w stronę ambientową. Grali już inaczej.
Ok, masz trochę racji. Uważam jednak, że powodem, dla którego wszyscy zdecydowaliśmy się na reaktywację mniej więcej w tym samym czasie, było to, że My Bloody Valentine zrobili to jako pierwsi. Kiedy zagrali wielki koncert reaktywacyjny w Roundhouse w Londynie, wszyscy członkowie Ride byli na tym koncercie. Pokazało nam to, że można to zrobić w naprawdę ekscytujący sposób. To nie był tylko zespół, który powrócił, aby zagrać swoje stare utwory i odebrać dużą wypłatę, a następnie ponownie zniknąć. Powrócili z nową muzyką. Brzmieli lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.
My Bloody Valentine widzieliśmy dziesiątki razy w latach 90. Nie zawsze byli bardzo dobrzy. Czasami mieli problemy techniczne, innym razy byli po prostu w złym nastroju. Bywały też momenty, kiedy byli niesamowici, ale nigdy nie byli konsekwentnie doskonali. Więc kiedy wszyscy zobaczyliśmy ich w Roundhouse, udowodniło to nam wszystkim, jak wspaniała była ta muzyka i dało nam to pewność, że możemy również coś zaoferować jeszcze światu jako Ride. Myślę, że to mogło być również punktem zapalnym dla Slowdive, choć nie mogę być tego pewien. Nam natomiast dało to pewność, że nadszedł czas, aby znów się zebrać i zagrać kilka koncertów.
Kiedy zmiany w formule zespołu w latach 90. i konflikty przyczyniły się do rozpadu zespołu, tak “Interplay” Ride pokazuje, że niewiele już was kreatywnie ogranicza. Czego więc teraz byście nigdy nie zrobili?
Myślę, że większość innych stylów muzycznych nie jest dla nas. Zresztą próbowaliśmy robić muzykę, z którą nie czuliśmy się naturalnie na “Carnival of Light”. Teraz wiemy dobrze, w czym jesteśmy dobrzy. Myślę, że cokolwiek tworzymy, brzmi to aktualnie jak Ride. Niezależnie od tego, czy to synth pop, czy ciężkie gitary, trzymamy się pewnych granic. Nie wchodzimy w country i muzykę zachodnią, w przeszłości wdrażaliśmy elementy reggae, ale aktualnie chcemy trzymać się swojego stylu. Więc myślę, że mimo tego, co mówisz, unikalibyśmy większości innych form muzyki.
Przygotowując się do wywiadu słuchałem twoich niszowych projektów: spoken wordowego projektu “Sun Moon Town” z Michaelem Smithem oraz “Glacier National Park” z Lozem. Jak odświeżająca była to praca w kontekście twojej twórczości?
Praca z Michaelem była dla mnie pierwszym krokiem w tworzeniu muzyki z kimś spoza Ride. Byłem bardzo zdenerwowany, dzieląc się swoimi utworami z kimś, kto nie znał mnie ani mojego sposobu pracy, ani mojego stylu muzyki. Michaela polecił mi wspólny przyjaciel, mówiąc: “Powinieneś sprawdzić tego gościa. Pracował z Andy Weatherallem. Nie jest wokalistą, ale ma niesamowity głos”. Skontaktowałem się z nim i powiedziałem: “Oto utwór. Czy chciałbyś coś z nim zrobić?”. Odpisał w ciągu kilku godzin, mówiąc: “Tak, chciałbym”. To było naprawdę wzmacniające. Po tygodniu przesłał mi swoją wersję utworu i byłem nią zachwycony. Zapytał też: “Masz więcej utworów?” I tak to się zaczęło. Wymienialiśmy się plikami podczas lockdownu, dodając kolejne warstwy i pracując nad nimi wspólnie.
Praca z Lozem była równie interesująca. Loz powiedział: “Mam dla ciebie wyzwanie. Chcę, żebyś wysłał mi naprawdę brudne, grunge’owe, zniekształcone linie basowe, a ja dodam do nich bębny”. Dzięki temu, że obaj mieliśmy domowe studia, mogliśmy wymieniać się plikami i budować utwory przez kolejne dni i tygodnie. Kiedy uznaliśmy, że są wystarczająco dobre, zmiksowaliśmy je i wrzuciliśmy na Bandcamp. To był świetny sposób na spędzanie wolnego czasu.
Zwłaszcza podczas lockdownu.
Tak, zwłaszcza podczas lockdownu. Słucham od czasu do czasu tych utworów. Jasne, mogłyby być dużo lepsze, bo brzmią jak domowe demo, ale ma to swój urok i jest kilka naprawdę dobrych utworów.
Wiesz, żyjemy w erze producentów tworzących muzykę w swoich sypialniach, a oficjalne nagrania niejednokrotnie brzmią jak dema, ponieważ ludzie po prostu chcą tworzyć muzykę i się nią dzielić. Niektórzy idą celowo w estetykę lo-fi.
To prawda. Nawet sposób, w jaki tworzymy muzykę jako zespół, polega na pracy w domowych studiach. Każdy z nas ma swoje miejsce do nagrywania – Mark ma duże studio, Andy ma średnie, Loz ma małe i ja również mam małe studio. Wszyscy jednak pracujemy głównie na laptopach. Często zdarza się, że dźwięki, które tworzymy w domu za pomocą syntezatorów, klawiatur czy nawet gitar, trafiają bezpośrednio na gotowe utwory. Przynosimy je do studia, synchronizujemy wszystko i okazuje się, że dźwięk syntezatora jest wystarczająco dobry, a partia gitary brzmi świetnie, choć została nagrana w warunkach domowych. To naprawdę dziwne, gdy się nad tym zastanowić, ale tak właśnie działa współczesna produkcja muzyczna. To ogromna zmiana w porównaniu do lat 90.
Tak, a sprzęt do nagrywania w studiu domowym jest stosunkowo tani i na wyciągnięcie ręki. Czy twoje projekty poboczne wpłynęły w jakiś sposób na brzmienie “Interplay” i większą obecność syntezatorów?
Nie sądzę. Myślę, że większa obecność syntezatorów na ostatnich trzech albumach wynika z łatwego dostępu do setek darmowych syntezatorów dostępnych w oprogramowaniu, które mamy w swoich domowych studiach. To najprostszy sposób tworzenia muzyki, zwłaszcza gdy nie jesteś wybitnym gitarzystą, basistą czy perkusistą. Dla mnie najłatwiej jest zacząć od klawiszy, co naturalnie prowadzi do tego, że partie klawiszowe trafiają na gotowe utwory. W efekcie nasz dźwięk ewoluował w kierunku bardziej elektronicznego brzmienia.
Na “Weather Diares” i “This is Not a Safe Place” funkcję producenta pełnił Erol Alkan, kojarzony raczej jako producent elektroniczny i DJ.
Myślę, że wszyscy myśleli, że skoro Erol postrzegany jako producent elektroniczny i DJ, to on będzie odpowiedzialny za syntezatory i linie klawiszowe. Tak jednak nie było. Na początku, gdy pojawił się pomysł współpracy, nie mogłem zrozumieć, jak producent elektroniczny mógłby produkować zespół gitarowy, taki jak Ride. Ale kiedy go spotkaliśmy, stało się jasne, że nie jest tylko producentem elektronicznym. Był muzyczną encyklopedią. Jest fanem Ride i uwielbia wszelkiego rodzaju muzykę. Zespoły gitarowe indie to jest to, na czym się wychował. Był absolutnym mistrzem w studiu. Myślę, że ostatecznie okazało się to absolutnie genialnym pomysłem i znakomicie się sprawdziło przy tych dwóch albumach.
To trochę podobna sprawa jak Fred Again…, który kojarzony jest z elektroniczną muzyką taneczną, a jednak zaczynał pod skrzydłami Briana Eno i często był zaangażowany jako producent w inne gatunki.
Myślę, że każdy, kto jest zaangażowany w przemysł muzyczny lub kreatywny, niekoniecznie słucha tego, czego byś się spodziewał, słuchając twórczości danego zespołu czy artysty.
To ciekawe, że o tym wspominasz, ponieważ znalazłem wywiad z tobą z 2001 roku, w którym powiedziałeś, że nie słuchasz rocka ani indie. Kogo więc słuchasz w 2025 roku?
Słucham dużo wokalistek. Adrianne Lenker “Bright Future” to jeden z moich ulubionych albumów z zeszłego roku. Cassandra Jenkins z „My Light, My Destroyer” też zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Oprócz tego nowy album Jamie’ego XX jest świetny.
Ciekawe, bo słuchałem go dosłownie godzinę przed naszą rozmową.
To naprawdę dobry album. Przy pierwszym odsłuchu myślałem, że to tylko trochę muzyki tanecznej do posłuchania i wyrzucenia z pamięci, ale złapałem się na tym, że nie umiałem przestać tego słuchać. Jest to bardzo dobrze poskładane.
Miałem też okazję w tamtym roku zobaczyć na żywo Röyksopp – jeden z moich ulubionych zespołów. Prawdę mówiąc nie powiedziałbym, że mam bardzo szeroki gust. Kiedyś miałem, ale myślę, że ponieważ jestem starym człowiekiem, wiem na ten moment, czego szukam w muzyce. Jest to głównie muzyka elektroniczna, trochę klasyki. Naprawdę lubię zespoły gitarowe indie, ale po prostu trudno mi znaleźć kogoś, kto by mnie szczególnie zaintrygował. Chociaż… taką grupą jest Ulrika Spacek – kojarzysz ich?
W Stanach w trasie wspierały nas też zespoły Knifeplay czy Rocket. Kiedy widziałem ich na żywo każdej nocy, uświadamiałem sobie, jak dobra może być nadal muzyka gitarowa.
2 maja przylatujecie do Polski, aby zagrać koncert w warszawskiej Proximie. Ostatni raz byliście u nas w 2022 podczas Off Festivalu w Katowicach. Jak wspominasz tamten koncert?
Szczerze mówiąc, mam więcej wspomnień związanych z koncertem w 1993 roku w Warszawie. Postanowiliśmy zostać po występie, ponieważ chcieliśmy zobaczyć, jak bardzo Polska różni się od Anglii. Następnego dnia wzięliśmy pociąg do Katowic. Wspominam tę wycieczkę najmilej, ponieważ Polska wydawała mi się wtedy bardzo odmienna od reszty Europy, którą znałem. Było to dość ekscytujące miejsce do odwiedzenia.
Tak, w latach 90., byliśmy świeżo po transformacji, więc były to zupełnie inne czasy.
Było to zauważalne. Polska była wtedy miejscem, gdzie wiele zachodnich marek próbowało zaistnieć. Marlboro, Coca-Cola – wszędzie widoczne były te ogromne zachodnie firmy, które wkraczały na rynek. Od tamtej pory wracałem tu kilkakrotnie. Nadal uwielbiam odwiedzać Polskę – Rynek Starego Miasta w Warszawie pozostaje jednym z moich ulubionych miejsc. Więc tak, gramy 2 maja w Proximie – dobrze będzie tu wrócić.