![Dawid Tyszkowski: “Zależy mi na tym, żeby ludzie coś czuli, słuchając tych piosenek” [WYWIAD] Dawid Tyszkowski: “Zależy mi na tym, żeby ludzie coś czuli, słuchając tych piosenek” [WYWIAD]](https://i3.wp.com/i.iplsc.com/-/000KTYK56RCDXISI-C461.jpg?w=1024&resize=1024,0&ssl=1)
Weronika Figiel, Interia: Spotykamy się niedługo po premierze twojego drugiego albumu. Na początek wielkie gratulacje, bo stworzyłeś coś, obok czego nie da się przejść obojętnie. Miałeś taki zamysł, żeby poruszyć coś głęboko w słuchaczach, czy raczej tworzyłeś te piosenki głównie z myślą o sobie i dla siebie samego?
Dawid Tyszkowski: – Myślę, że jedno i drugie. Głównie piszę swoją muzykę dla siebie – to na pewno. Te teksty są dla mnie jakąś przestrzenią, w której jestem w stanie radzić sobie ze swoimi trudnymi emocjami. Od zawsze tak to u mnie działało. Nawet, jak zaczynałem pisać pierwsze piosenki, to nigdy nie miałem z tyłu głowy takiej myśli, że to będzie jakaś moja przyszłość – że chcę być muzykiem i grać koncerty. To wychodziło z wewnętrznej potrzeby. Dzisiaj też tak jest, ale w momencie, w którym doszedł do tego element słuchacza czy odbiorcy zewnętrznego, to zdecydowanie myślę o swojej muzyce, jak o czymś bardzo angażującym. Chciałbym, żeby moja muzyka była czymś, na co trzeba poświęcić czas, trzeba podjąć decyzję, że chce się wejść w tę historię i posłuchać tego albumu. Chciałbym, żeby ta muzyka była odbierana jako jakaś większa całość. Piosenki są częścią albumu, same w sobie też niosą jakąś treść, ale chciałbym, żeby słuchane w kontekście całości albumu nabierały głębszego znaczenia.
Po premierze albumu “Mam szczęście” pojawiły się wśród fanów takie głosy, że bardzo dużo płakali przy odsłuchu, że “nie jest to album do słuchania w samochodzie” czy też, że ich “przeczołgał emocjonalnie”. Co myślisz, kiedy dostajesz taki feedback?
– Ciężko określić to jednym słowem, czy to jest dobrze, czy niedobrze. Jest to dla mnie ciekawe, że ten album zaczyna w taki sposób żyć w odbiorcy i sam nie wiedziałem, czego się spodziewać. To są bardzo trudne emocje. Cały proces pisania sprawił, że udało mi się zagłębić w swoje emocje dużo bardziej niż zwykle to miało miejsce, takie mam wrażenie. Sam byłem ciekaw, jak to wpłynie na słuchacza. Jest tak, jak mówisz, że często słuchacze przeżywają te trudne emocje ze mną, podczas odsłuchu albumu. Myślę, że jest raczej pozytywne zjawisko, bo zależy mi na tym, żeby ludzie coś czuli, słuchając tych piosenek, żeby one nie były im obojętne. Jak słyszę, że kogoś to tak wciągnęło, że doprowadziło do płaczu, to się cieszę. Z taką myślą pisałem te utwory, żeby słuchacz poczuł coś głębszego.
Album został dosyć przekornie nazwany “Mam szczęście”, chociaż można śmiało stwierdzić, że nie ma na nim szczęśliwych piosenek. Co było pierwsze, utwory czy pomysł na ten wymowny tytuł?
– Tym razem tytuł przyszedł dosyć późno. Jakoś trudno było mi to zebrać w zgrabną puentę. Jak w przypadku debiutanckiego albumu, z tym długim tytułem, którego nikt nie pamięta, to przyszło dosyć szybko i bezboleśnie, bo wydawał mi się on taki inspirujący i ciekawy, tak w przypadku tego tytułu bardzo długo się zastanawiałem. Ostatecznie czuję, że to jest fajne spięcie tych wszystkich piosenek. To był rok, w którym się trochę zastanawiałem właśnie nad tym moim szczęściem i nieszczęściem. Tyle dobrych rzeczy spotyka mnie ostatnio w życiu. Moja kariera poszła tak bardzo organicznie, naturalnie do przodu. Jestem w miejscu, w którym naprawdę wielu chciałoby być. Jestem z tego dumny i wdzięczny, ale jednocześnie wewnętrznie czuję, że coś jest nie tak, że jednak wracam do domu i nie mam w sobie spokoju, szczęścia czy poczucia, że jestem w miejscu, w którym chcę i zawsze chciałem być. Ten album właśnie o tym traktuje. Pojawia się tam wiele myśli na temat relacji z najbliższymi, które bardzo cierpią na moim trybie życia. Pojawiają się pytania, czy ja na pewno dobrze wybieram priorytety. Chyba tak bym ten tytuł odczytywał. Jest on też na pewno jakimś rodzajem manifestacji, bo słuchając tego albumu od początku do końca rzeczywiście szczęście to chyba nie jest pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi do głowy. Album też kończy się piosenką o tym samym tytule. Jest to celowy zabieg, bo chciałem, żeby to był taki promień nadziei na koniec odsłuchu. Gdyby album kończył się utworem “Ćma”, to byłaby tragedia. Po prostu byłby koniec świata, a nie chciałem, żeby tak było. Stąd utwór “Mam szczęście”, który kończy się długim instrumentalem, w którym już wszystko jest odpuszczone. Nie muszę śpiewać, nic nie muszę, jest wielki spokój, który swoją drogą też kojarzy mi się z tytułem i okładką.
Wspomniałeś przy premierze albumu, że pewien urokliwy domek w lesie stał się poniekąd współautorem tej płyty. Faktycznie byłeś tam zamknięty z Kamilem Paterem i Kubą Staruszkiewiczem przez rok i po prostu tworzyliście, z daleka od jakiejkolwiek cywilizacji?
– To nie było tak, że byliśmy tam zamknięci. Mogliśmy wyjść i mogliśmy stamtąd wyjechać, kiedy nam się podoba. (śmiech) Tryb pracy był taki, że parę razy w miesiącu staraliśmy się tam przyjechać na dwa, trzy czy cztery dni, zależnie od tego, jak nam pozwalały kalendarze. Ale jak już tam wszyscy dojechaliśmy, to rzeczywiście było poczucie takiej totalnej izolacji od świata. To było miejsce, w którym czas po prostu nie istniał, zatrzymywał się. Nasze kalendarze są zazwyczaj bardzo napięte, a jednak, kiedy z takiego biegu wyjeżdżaliśmy w środek lasu, żeby robić muzykę, to było piękne uczucie. Będąc tam miałem wrażenie, że wszystko inne znika, że jest tylko ten las, tylko to studio. To miało ogromny wpływ na to, jak ten album brzmi, też na to, o czym są te teksty, jak głęboko one sięgają. To miejsce dawało nam po prostu takie poczucie, że możemy bardzo się w siebie zagłębić, w swoje emocje.
Same te pomieszczenia, w których nagrywaliśmy instrumenty, nadają bardzo wyjątkowy charakter tej płycie, wyjątkowe brzmienie. Można powiedzieć nawet, że jest to takie nieprofesjonalne czy półamatorskie, bo nagrane w zwykłym pokoju. Nie mieliśmy wszystkich mikrofonów świata, jakie byśmy chcieli i często trzeba było sobie radzić z tym, co jest. Ale ja czuję, że takie rzeczy często nadają właśnie wyjątkowego charakteru.
Myślisz, że jakbyś miał nagrać ten album w jakimś zupełnie innym miejscu, nawet w swoim zaciszu domowym, to brzmiałby on zupełnie inaczej i nie byłbyś w stanie się aż tak otworzyć?
– Myślę, że na pewno by to brzmiało inaczej. Myślę, że wiele z tych piosenek w ogóle by nie powstało, bo tamte warunki były naprawdę bardzo wyjątkowe i wręcz zachęcające do tego, żeby swoje emocje rozpatrywać głębiej niż zazwyczaj. Założenie było takie, że ten album powinien oddychać, że tam powinno być dużo swobody, dużo organiczności, a to podejście wymagało też dużo czasu i dużo takiego luzu w trakcie procesu. Mieliśmy wiele takich dni, takich turnusów, gdzie spotykaliśmy się na trzy dni, a przez pierwsze dwa i pół dnia nie zrobiliśmy absolutnie nic. Po prostu zbijamy tracki, usuwamy je, wymyślamy, kończymy wymyślać, gramy w kosza i jemy obiad. Było wiele takich dni, które musieliśmy po prostu zaakceptować, zrozumieć, że one są częścią procesu, i że są potrzebne do tego, aby ten album oddychał. Myślę, że to byłoby niemożliwe w takiej sytuacji, w której mamy studio wynajęte na trzy godziny i trzeba coś w tym czasie zrobić, bo jest zapłacone. Także absolutnie to miejsce, te warunki były kluczowe w brzmieniu albumu.
Gdzieś przy zapowiedziach albumu na Instagramie zamieściłeś takie zdanie: “Dopiero w tym roku zrozumiałem jak ważną częścią tworzenia muzyki jest jej słuchanie”. Jak pomogła ci w tym wypadku twórczość innych artystów?
– Bycie aktywnym, ciekawym świata słuchaczem było w tym roku dla mnie bardzo ważne i bardzo inspirujące. Wiele godzin w studiu z Kubą i Kamilem spędziliśmy na słuchaniu muzyki, na wzajemnym pokazywaniu sobie nowych inspiracji, ciekawych koncertów, ciekawych artystów, ciekawych wtyczek czy efektów. Tego była cała masa. Czuję, że bycie aktywnym słuchaczem jest dla mnie dzisiaj absolutnie jakąś receptą na bycie ciekawym artystą. Czuję, że tak długo, jak będzie mnie ciekawić muzyka, jak będę szukał nowych brzmień, nowych artystów, tak długo będą rodzić się we mnie nowe, świeże pomysły. To też nie jest tak, że wysłuchamy jakiejś piosenki i mówimy: “Bierzemy gitarę stąd i do tego taki tekst”. To inspirowanie się trochę na czym innym polega. To jest raczej wkładanie w swoją głowę emocji, uczuć, wrażliwości innych ludzi i czerpanie z tego na własny sposób.
“Listy przebojów nas nie lubią, czyli chyba się udało” – takie zdanie też znalazłam w twoich mediach społecznościowych. Myślisz, że na obecnym rynku muzycznym radiowe listy przebojów są jeszcze jakimś wyznacznikiem sukcesu danego albumu czy jest to niepotrzebne, jeśli ma się swoje stałe grono odbiorców?
– Myślę, że jedno i drugie. Mimo wszystko to nadal często jest wyznacznik sukcesu. Osiąganie wysokich pozycji na listach przebojów daje dużo – przede wszystkim dotarcie do słuchaczy, co wiąże się ze sprzedażą biletów na koncerty. To jest taki długi łańcuch, który ostatecznie prowadzi do zasięgowego sukcesu. To zdanie, które pisałem, z jednej strony jest nacechowane buntem, bo nie chcę być częścią tego systemu. Ale z drugiej strony trochę nie mam wyjścia – muszę być częścią tego systemu. Wiadomo, że mogę szukać innych sposobów na budowanie społeczności, ale jednak dzisiaj jest to bardzo trudne, żeby zbudować sobie oddane grono słuchaczy poprzez jakieś oddolne inicjatywy, takie jak lista mailingowa czy strona internetowa. Da się to robić, ale jest to bardzo trudne. Brak wsparcia od stacji radiowych czy serwisów streamingowych dzisiaj często jest krzyżykiem na drogę. To jest przerażające w momencie, kiedy chce się być artystą, który zaskakuje, który jest wymagający, który wymaga od słuchacza jakiegoś skupienia i zaangażowania. Listy przebojów nie przepadają za takim charakterem artysty i chyba z taką myślą to zdanie pisałem.
Na fizycznym wydaniu płyty “Mam szczęście” znajdują się rysunki twojego autorstwa. Czujesz, że ta płyta byłaby niepełna bez takiej oprawy graficznej?
– Myślę, że każdy element wizualny, który do tej płyty dołożyliśmy stał się jakąś ważną częścią albumu. Moje rysunki przez pierwsze miesiące powstawania materiału były roboczymi okładkami piosenek, które wrzucaliśmy sobie na prywatnego SoundClouda, żeby ich potem słuchać. Właśnie jeden z tych rysunków, które można zobaczyć na fizycznym wydaniu, długo był okładką albumu. Przez to, że on był z nami tak długo, to zaczęliśmy czuć z nim szczególną więź. Później już nie wyobrażaliśmy sobie płyty bez tych rysunków. Nad całą poligrafią czuwał Mateusz Wappa, art directiorem był Krzysztof Tomaszewski, zdjęcia okładkowe wykonał Kuba Kaźmierczak i ci ludzie też mieli bardzo duży wpływ na to, jak album ostatecznie wygląda. W całej warstwie wizualnej, od teledysków po wydanie fizyczne płyty, zależało mi na tym, żeby to miało w sobie duszę i zaangażowanie. Nie chciałem brać ludzi tylko ze względu na to, że są dobrzy w czymś czy, że ktoś mi ich poleca. Chciałem znaleźć kogoś mi bliskiego, z kim poczuję więź, kto będzie w stanie zaangażować się w ten album. Krzysztof, który ze mną pracował od początku nad tym albumem w kwestii wizualnej, był do tego bardzo odpowiednią osobą. Zachęcam wszystkich do sprawdzenia sobie tego fizycznego wydania i książeczki w środku, która prezentuje zdjęcia z naszego studia, wykonane właśnie przez Krzysztofa.
Chwilę temu wystartowała twoja trasa koncertowa, promująca “Mam szczęście”. Czy tę warstwę wizualną albumu próbujesz też przenieść jakoś na swoje występy?
– To jest trudne, żeby na koncertach oddać wizualnie album, głównie dlatego, że to wymaga po prostu pieniędzy, których jeszcze nie mam. (śmiech) I choćbym chciał, to na niektórych rzeczach muszę odpuszczać. Staram się więc jak najlepiej oddać ten album w warstwie muzycznej. Staram się, żeby każdy koncert był ciekawy, jakościowy i oparty na żywej, zespołowej muzyce. Myślę, że to jest jego najlepsza reklama i jego prawdziwy charakter. A jeśli chodzi o wizualną warstwę, to jest ona raczej minimalistyczna, bo zależy mi na tym, żeby słuchacz, będąc na moim koncercie, mógł skupić się właśnie na muzyce. Nie potrzebuję przebierać jej w jakieś dodatkowe, wizualne elementy.
Jak gra ci się tak intymny materiał na żywo przed publicznością?
– Te utwory były pisane z myślą o graniu na żywo, ale jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym, jaką one mają moc. Gra się to wszystko bardzo, bardzo przyjemnie. Mam chwilami nawet takie poczucie, jakbym pierwszy raz występował, jakbym pierwszy raz grał na gitarze na scenie, bo nigdy nie grałem takich partii, jakie teraz wymyśliliśmy z chłopakami. Czuję, że cały mój zespół też jest bardzo podekscytowany tym, jak ten nowy materiał nam idzie. Rzeczywiście bałem się tych pierwszych konfrontacji ze słuchaczem na żywo, bo nie wiedziałem, jak ten materiał zacznie we mnie żyć. Nie wiedziałem, jaki on będzie miał też wpływ na publiczność. Dzisiaj, kiedy jesteśmy już po dwóch pierwszych koncertach, czuję, że jest super. Nie mogę się doczekać grania następnych. Myślę, że jeśli ktoś już był na moim koncercie wcześniej, to też będzie dla niego duże zaskoczenie, bo energia jest zupełnie inna niż do tej pory, także zapraszam.
Na trasie jest jedna wyróżniająca się data – Next Fest w Poznaniu. Co myślisz o takich festiwalowych występach – wiążą się one z większym stresem niż twoje solowe koncerty?
– To na pewno bardzo zależy od festiwalu. Jednak ilość osób słuchających ma tutaj spory wpływ, bo na Next Feście to będzie raczej kameralna sytuacja. Może z 500 osób przyjdzie, może z 400. W momencie, gdy gramy na Męskim Graniu czy Open’erze, gdzie tych osób jest o wiele więcej, to zawsze równa się z większym stresem dla mnie. Ale Next Fest będzie ciekawym sprawdzeniem tego materiału w festiwalowej sytuacji, bo to będzie nasz pierwszy festiwal z nim. Sam jestem ciekaw, chociaż czuję – po tych pierwszych dwóch koncertach – że to może być super materiał na festiwale. Jest w nim dużo więcej takiej żywej, prawdziwej energii i czuję, że będzie się to grało naprawdę fajnie.
Patrzysz na Next Festa z takiej perspektywy, że może on przyciągnąć do ciebie kolejne tłumy słuchaczy czy raczej spodziewasz się, że pod sceną zobaczysz znajome twarze?
– Myślę, że charakter tego festiwalu zachęca do tego, żeby sprawdzać nowych artystów, tych nieznanych sobie. Jest to jednak showcase, na którym jest bardzo dużo różnych artystów. Ja brałem udział w dwóch pierwszych edycjach festiwalu showcase’owego Great September w Łodzi, więc tam już zdążyłem poczuć, jak to jest na takim wydarzeniu. Mam poczucie, że na takie koncerty przychodzi wiele nowych osób, które chcą sprawdzić, chcą zobaczyć coś nowego. Na to też liczę, bo jestem ciekaw, jak ten nowy album odbiorą ludzie, którzy nigdy wcześniej mnie nie słyszeli.
W takich festiwalowych sytuacjach lubisz po swoim koncercie pójść posłuchać innych artystów, zainspirować się i podpatrzeć, co u nich słychać?
– Tak, bardzo to lubię. Zawsze, jak tylko jest okazja, to po swoim koncercie idę na koncerty innych artystów, bo też po prostu lubię festiwale. Mam to szczęście, że mogę na nich grać, a później sobie korzystać z nich, jako normalny słuchacz. To jest dla mnie coś bardzo fajnego i staram się czerpać z tego w 100 procentach. Tak też było właśnie na Great September w Łodzi – to był mój pierwszy showcase i jako artysta, i jako słuchacz. Z obu tych ról mam bardzo pozytywne doświadczenia. Dlatego też myślę, że na Next Feście będzie można mnie spotkać gdzieś tam na innych koncertach.
Na koniec nieco nostalgii. Ja osobiście pierwszy raz miałam styczność z twoim materiałem na żywo, jak grałeś gościnne występy przed innymi muzykami (supporty m.in. przed Ralphem Kaminskim czy zespołem Karaś/Rogucki). Teraz masz już za sobą masę solowych koncertów, dwa wydane albumy, grono wiernych słuchaczy. Z perspektywy czasu, jakbyś miał popatrzeć na to wszystko, co się zdarzyło – takie właśnie miałeś założenia odnośnie swojej kariery od samego początku?
– Myślę, że wtedy jeszcze nie miałem jakichś szczególnych planów. Byłem bardzo świeży w tym wszystkim i tak naprawdę moje marzenia się jeszcze kształtowały. Ja nigdy nie myślałem o swojej muzyce, jak o czymś, co będzie moją przyszłością, nigdy nie marzyłem o byciu gwiazdą na wielkich scenach, więc ten początek był dla mnie bardzo zaskakujący. Wszystko było nowe i musiałem się w tym odnaleźć. Pamiętam, że te pierwsze koncerty były dla mnie bardzo trudne, głównie emocjonalnie. Nie potrafiłem czerpać z tego radości, bo było to dla mnie bardzo stresujące. Musiałem znaleźć sposób na to, żeby cieszyć się z tych spotkań na żywo. Dzisiaj czuję, że już trochę to odnalazłem. Okazuje się, że to jest po prostu praca z zespołem. Najbardziej cieszy mnie w graniu muzyki na żywo właśnie granie muzyki na żywo. Nie obchodzi mnie za bardzo performance, zabawianie publiczności czy rozkręcanie imprezy. Najbardziej cieszę się z tego, kiedy mogę być z zespołem na scenie i czuć tę wspólną energię. Chciałbym, żeby słuchacz też był skupiony na tym, żeby ludzie przychodzili na moje koncerty nastawieni na słuchanie muzyki. Takie mam dzisiaj marzenie.