
Mateusz Skwierawski, WP SportoweFakty: Co czuje zawodnik, gdy jest publicznie wyśmiewany?
Paweł Fajdek, pięciokrotny mistrz świata w rzucie młotem, brązowy medalista igrzysk olimpijskich: Wiele razy rozmawialiśmy o tym między sobą, też z młodszymi zawodnikami. Żeby trochę się z tego pośmiać, rozładować atmosferę. Jeżeli jeden nieudany start ma wpłynąć na resztę sezonu, to po co w ogóle zaczynać? Porażka nie decyduje o całym życiu, dlatego lepiej omijać krytykę, nie czytać. A jeśli już słuchać, to z ust trenera, bliskiego otoczenia, rodziny.
A jeśli krytyka zaczyna dotykać rodzinę?
Tego typu forma hejtu to, nadzwyczajne zło. Najgorszy rodzaj. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś osobiście obraża moją żonę lub dziecko, bo przegrałem mu kupon u bukmachera. A takich wpisów otrzymałem wiele w internecie.
Jak reagowałeś?
Niestety, są takie czasy, że bardzo rzadko mamy możliwość namierzenia takiej osoby. Myślę, że większość takich ludzi nie chciałaby ryzykować tego, że dojdę, kto jest autorem obraźliwego wpisu. Pewnie starają się brać pod uwagę że jestem dużym i silnym mężczyzną, stąd większość wiadomości kierują do żony. Prosiłem Sandrę od razu takie profile blokować. Ja w swoich mediach społecznościowych nie wchodzę w sektor “inne”. Jeżeli ktoś chce ze mną porozmawiać twarzą w twarz, to znajdzie do mnie kontakt. Nigdzie się nie ukrywam.
ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Aż miło popatrzeć. Takie gole nie padają często!
Czujesz się silny psychicznie?
Pod względem sportowym: tak. Po tylu latach startów przerobiłem w zasadzie wszystkie scenariusze. Nie jest mnie już w stanie nic zaskoczyć. A życiowo? Też w jakimś stopniu czuje się pewny siebie. Staram się dbać o rodzinę, żeby niczego jej nie brakowało. Najtrudniej jest w sytuacjach, których nie jesteś w stanie przewidzieć. Miałem taką w zeszłym roku, gdy zmarł mi tata.
Tuż przed igrzyskami olimpijskimi w Paryżu.
Kompletnie się tego nie spodziewałem. Śmierć ojca zostawiła we mnie ślad. Nie sądziłem, że
tak bardzo wpłynie na moją formę i samopoczucie. Ale tak wyszło. Trzeba było się zebrać.
Mieliście z ojcem bliską relację, regularnie jeździł na twoje zawody.
Wiele osób pytało mnie, w jaki sposób byłem w stanie to udźwignąć i mimo wszystko wystartować w igrzyskach. Sam się nad tym zastanawiam. Przechodziłem w tryb automatyczny i starałem się działać dalej. Tak to wyglądało z boku.
To były tylko pozory?
Przez pierwsze dwa tygodnie od śmierci ojca nie mogłem spać. To się odbijało na treningach. Dochodziły nieudane starty: jeden, drugi, trzeci. Choć trening i zawody były jakimś sposobem, by sobie z tym poradzić. Ten żal, smutek, starałem się przepracować, zająć głowę tym, co potrafię robić. Była to dla mnie ekstremalna sytuacja. Pierwszy raz coś takiego przeżyłem.
Czego nie widzieli kibice?
Braku snu i apetytu, płaczu. Większość rzeczy spadła na mnie. Musiałem ojca pochować. Opuściłem zgrupowanie, pojechałem do domu. Ciągle dostawałem telefony, albo dokumenty do wglądu. Wszystko wymagało moich podpisów. Bardzo dużo czasu spędziłem w samochodzie: na trasie z ośrodka w Spale na Małopolskę, gdzie tato mieszkał. Zabrało mi to z dwa, trzy tygodnie.
Jako doświadczony zawodnik i w pewnym sensie autorytet nie chciałem jednak odwoływać startów, położyć się na dwa miesiące w łóżku i płakać. Jeżeli ktoś budował na mnie marketing zawodów, to nie mogłem powiedzieć: “Słuchaj, nie jadę, bo wczoraj nie spałem”.
A kiedy to wszystko pękło?
Po takim czasie mogę śmiało przyznać, że przez rodzinną tragedię nie wywalczyłem medalu na igrzyskach w Paryżu. Było za dużo emocji, rozmyślania, wspominania. Miałem bardzo dużo pytań, a olimpiadę gdzieś dalej w głowie. Wyczerpałem organizm, nie było paliwa w baku, by jeszcze szlifować formę. Wychodziłem na rzutnię nieprzygotowany.
Naturalne, że ludzie potrzebują przejść żałobę, wypłakać się, wyżalić. Ja stwierdziłem, że wolę to wykrzyczeć i wypocić na rzutni. Nie jestem osobą, która usiądzie i będzie się nad sobą użalać. Wiem, że straciłem przez to bardzo dużo zdrowia, ale psychicznie doszedłem do siebie w miarę szybko.
Wspomniałeś ojca w Paryżu?
Oczywiście. Chciałem zdobyć medal dla taty, żeby mu go zadedykować. Z rzutu na rzut się poprawiałem, ale zabrakło niewiele. Byłem zmotywowany.
I tak dałeś radę.
Wszystko wydarzyło się na dziesięć dni przed pierwszymi zawodami w sezonie. Rzucałem na treningach 81 metrów, a po dwóch tygodniach na zawodach uzyskałem wynik o siedem metrów gorszy. To nie tak, że nagle przestałem umieć rzucać młotem.
Dopiero pod koniec czerwca udało mi się poprawić wyniki. Trenowałem na 110 procent, nie było czasu żeby odpocząć. Zabrakło mi może tygodnia na totalny reset. Wiek też nie sprzyja w takich sytuacjach. Jestem i tak dumny, że się nie poddałem. Wywalczyłem piąte miejsce w Paryżu, zabrakło mi z metra do medalu. Do momentu śmierci taty byłem przygotowany na srebro.
Te igrzyska bolały najbardziej?
Każde igrzyska były dla mnie bolesne. Nawet te w Tokio, w których zdobyłem medal. Porażka w Londynie w 2012 roku mnie ukształtowała. Nie zakwalifikowałem się do finału olimpijskiego, spaliłem trzy próby, jako czarny koń. Miałem przywieźć medal. Niżej upaść się nie dało. Była to bardzo cenna lekcja, która przekształciła się w dwa mistrzostwa świata, złoto i srebro mistrzostw Europy. Tak na to patrzę z perspektywy czasu.
Później było Rio de Janeiro.
Byłem przygotowany na rzucenie 85, 86 metrów. Wydarzył się tam cud świata, że nie zakwalifikowałem się do finału. Oddawałem dobre rzuty, ale o kilka metrów za krótkie. Nie taka była moja rola. Miałem tam oddać dwa rzuty: w eliminacjach, w finale i patrzeć na to, co zrobią rywale. Były to jedyne konkursy w ciągu dwóch lat, które przegrałem. Ból był niemiłosiernie wielki.
Czemu tak się stało?
Największym błędem było to, że tak szybko pojechaliśmy do Brazylii. Byłem bardzo pewny siebie. Wychodziłem z założenia, że nie wpłynie to na mnie negatywnie. Podlegałem pod trenera Cybulskiego, nie chciał mnie zostawiać w domu. Kłóciliśmy się. Powtarzałem mu, że nie mam zamiaru lecieć na tak długą aklimatyzację. Dwa i pół tygodnia? Ludzie, co ja tam będę robił. On był uparty, bo dziewczyny startowały szybciej. Mówię mu: To sobie lećcie sami. A trener odpowiadał: Nie, nie. Jedziesz z nami. I ponad dwa tygodnie siedziałem w pokoju.
Wspominałeś, że nie mogłeś znaleźć sobie miejsca w wiosce olimpijskiej.
Ja takiego siedzenia na tyłku nie lubię. Jechałem półtorej godziny w jedną stronę na trening. Oddałem kilka rzutów, zrobiliśmy rozruch i powrót do wioski. Cała wyprawa zajmowała mniej więcej cztery godziny. A przez pozostałe dwadzieścia kręciłem się po pokoju lub spałem.
Wychodziłem jedynie na stołówkę. Z każdym dniem pojawiała się coraz większa presja medalowa, bo wcześniejsze szanse nam uciekły. Rafał Majka nie zdobył medalu, to wszystkie oczy skierowano na Fajdka, bo on złoto zdobędzie na pięćset procent. Adrenalina, podniecenie, oczekiwanie – na tyle to ciśnienie urosło, że nie było miejsca i możliwości, żebym umiał wykorzystać tę energię. Organizm sam się sobą wyczerpał.
Mówiłeś, że po igrzyskach w Londynie czułeś wstyd. Z kolei po Rio wróciłeś w rodzinne strony i długo się do nikogo nie odzywałeś.
Ja jestem ze starej szkoły nie tylko w sporcie ale i w życiu. Uważam, że mężczyzna musi wziąć odpowiedzialność za rodzinę i za swoje życie też. Lubię ciszę. Wiedziałem, że wysłuchiwanie wsparcia od bliskich nie pomoże mi w uporaniu się z tą porażką. Bo to była moja porażka. Ja zawiodłem wszystkich i przede wszystkim siebie. Nie przestałem w siebie wierzyć, nie sądziłem, że się nagle nie nadaje. Po prostu nie dałem rady tego jednego dnia, właśnie wtedy przyszedł ten najgorszy dzień w sportowej karierze. Na tamten moment.
Wiedziałem, że sam muszę to przerobić i iść dalej. Dlatego się do nikogo nie odzywałem.
Jeśli po porażce nie masz ochoty pokazać, że był to wypadek przy pracy, to nie ma sensu trenować i tracić czas. Miałem ich kilka w swoim życiu, później starałem się pokazać z lepszej strony. I udowadniałem że jestem światowej klasy zawodnikiem. Porażki budowały moje sukcesy.
A myślałeś sobie: jak nie zdobędę medalu, to zacznie się jazda?
Jeżeli nawet jedzenie ma wpływ na dyspozycję czy nieprzespana noc, to jasne – krytyka robi swoje, potrafi przeszkodzić. Presja społeczna i negatywne wpisy pokazywały, że można się zestresować i popełnić błąd. Trochę zapomnieliśmy, że sport to głównie porażki. Więcej się przegrywa, niż wygrywa. Bo drugie, trzecie, czwarte miejsce to porażka. Zwycięzca jest tylko jeden, warto o tym pamiętać. Dzień w dzień stajemy na wysokości zadania, poświęcamy życie prywatne, towarzyskie, by reprezentować nasz kraj. Większość nie radzi sobie z tym wszystkim i odpada na wstępnym etapie. W momencie, gdy ktoś jest na poziomie międzynarodowym, to powinien otrzymać wsparcie i oklaski, a nie krytykę i ataki hejterskie, prawda?
Jakbyś porównał dzisiejsze przygotowanie do zawodów, w czasach internetu?
Wszystko zależy od tego, w jakim momencie kariery jest zawodnik. I ile ma lat. Wiadomo, hejt trafia zazwyczaj młodych ludzi. Młodzi bardzo często zniechęcają się przez wyśmiewanie kolegów i koleżanek w szkole. Jeśli nie ma wsparcia w domu, że warto przekraczać bariery, to dziecko widzi, że nikomu na tym nie zależy i nie ma później motywacji by iść do przodu.
Pierwsze śmiechy w szkole, robienie sobie żartów ze słabszych czy początkujących wpływają na dalsze podejście. Wychowawcy powinni reagować, bo to pierwsza fala hejtu, z którą spotyka się człowiek.
Drugi etap: wszystko jest w porządku do momentu sukcesu. Nikt ci nie zazdrości, nie traktuje cię jak rywala. To chyba najmilszy moment: gdy gonisz kogoś i nie musisz oglądać się za siebie.
Schody zaczynają się później.
Następuje trzeci etap: Po zwycięstwach wszyscy ci gratulują, cieszą się, biją brawo, klepią po plecach. Ale w dzisiejszych czasach to ulotna chwila. Przychodzi i znika. Kiedyś dłużej doceniano i celebrowano sukcesy młodych ludzi. Ich pracę, którą włożyli. Dziś zmieniamy bardzo szybko obiekt zainteresowań. Tak samo jest z hejtem. Hejtuje się wszystkich i za byle co. Cały ten internetowy syf nawet nie jest ukierunkowany. Nie karcimy tych, którzy robią coś źle i na własne życzenie coś psują. Jedziemy po wszystkich w bardzo brzydki, niekulturalny sposób. To jest po prostu straszne.
Wiele razy mówiłem, że social media powinny zostać uregulowane jakąś ustawą lub innymi przepisami i być połączone z dowodem osobistym albo dowodem rodzica. Po to, by autor brał odpowiedzialność za to, co robi. Niestety, przez hejt ludzie popełniają samobójstwa, to poważna sprawa. A młodzi sportowcy kończyli kariery, bo nie radzili sobie z krytyką nieznaczących osób. Jeśli w bliskim otoczeniu mamy wsparcie, to jakoś sobie z tym radzimy.
Sprawiasz wrażenie, jakbyś potrafił odciąć się od wirtualnej rzeczywistości.
Ja przez wiele lat trenowania mierzyłem się z oklaskami, ale i potężną falą krytyki i hejtu. Pełny wachlarz wiadomości, które otrzymywałem, zawsze po mnie spływa. Natomiast w momencie, gdy założyłem rodzinę, to zacząłem patrzeć na to inaczej.
Jeżeli hejterzy widzą, że cię to nie dotyka, to wtedy szukają twoich słabych punktów – atakują bliskie ci osoby. Na większość wpisów nie reagowałem, ale niektóre były tak obrzydliwe, że się nie dało. Nie tak powinna wyglądać wolność w internecie. Co ciekawe, na spotkaniach twarzą w twarz nie zdarzyło mi się słyszeć na swój temat obelg. Nieraz dostałem wiadomości z konstruktywną krytyką, którą przyjmuję. Ja też przepraszałem za swoją dyspozycję jeżeli wiedziałem, że zawaliłem.
Co cię najbardziej boli, ale dosłownie – fizycznie?
Młociarze używają dłoni. Nadmierne szarpanie się ze sprzętem czy uderzenie w beton powodują, że stawy w palcach są miażdżone i długo się regenerują. Od wielu lat w lewej dłoni, w której trzymam młot, palców już nie zegnę. Nie ma opcji na zaciśnięcie pięści. W życiu mi to nie przeszkadza, na szczęście jestem praworęczny. Nawet, jeśli miałbym użyć dłoni w sposób nieprzyzwoity, wykorzystałbym drugą.
Można się do tego przyzwyczaić?
Ból trzeba polubić, a ewentualnie pokochać. Oczywiście narzekam jak każdy, że kolano kłuje, plecy bolą, mięśnie są spięte, że nie mogę wstać z łóżka. Ale to dobry ból, po dobrej pracy. W czasie kontuzji najtrudniej wytrzymać siedząc na tyłku i nic nie robiąc. Też inaczej wygląda zmęczenie po zdobyciu złotego medalu, a inaczej po zajęciu siódmego miejsca. To słodko-gorzki smak.
Ten ból kiedyś znika?
Na palcach jednej ręki mogę policzyć, przez ile dni w ciągu roku nie czuje bólu. I tak 25 lat! Po tygodniu lub dziesięciu dniach na urlopie, napięcie mięśniowe puszcza. Wtedy jest jeszcze gorzej! Ale po dwóch, trzech tygodniach wakacji mogę już mówić o komforcie życia. Ja uwielbiam te przerwy. Najdłuższą, jaką miałem, to okres Covid-19 i trzymiesięczny pobyt w domu. Bardzo tęsknie za tym czasem. Nie trzeba było nic robić, bo sezon był odwołany i wszystko zakazane. Można było sobie leniuchować. Staram się organizmu nie oszukiwać. Jeśli coś mnie boli, to daje sobie czas na dojście do porozumienia z ciałem.
Dlaczego nie byłeś zadowolony nawet z medalu olimpijskiego w Tokio?
Ja nigdy nie jestem z siebie zadowolony. To też moja udręka. Może z trzy, cztery raz w karierze czułem satysfakcję. Dwa razy, gdy biłem rekord Polski. Również po pierwszym tytule mistrza świata. A co dalej? Musiałbym się mocno zastanowić.
Tokio też nie ułożyło się tak, jak trzeba. Wywalczyłem trzecie miejsce najdłuższym rzutem w historii na brązowy medal. Chłopaki mieli dzień konia. Ale jestem dumny, że w końcu udało się przywieźć medal z olimpiady.
Igrzyska, z których będziesz zadowolony, dopiero przed tobą?
Olimpiada w Los Angeles za trzy lata. Nie tak długo. Dużo przeszedłem, trochę doświadczyłem. Dalej nie przestałem w siebie wierzyć.
rozmawiał Mateusz Skwierawski, WP SportoweFakty